Loading
     -Wojtek, nie rób tego. Wiesz przecież doskonale, że nic dobrego z tego nie będzie. Na co Ci to? – cicho zaskomlał anioł na mym prawym ramieniu, głosem tyleż oschłym, co jednocześnie zrezygnowanym. Doskonale wiedział, że jego rady na nic się zdadzą. -Zrób to, zrób to, tym razem będzie dobrze. Na pewno będzie. Dlaczego nie? Co Ci szkodzi? – zripostował jego czerwony odpowiednik na ramieniu lewym. -No dalej, dawaj, nie wstydź się!

Wlepiłem wzrok w podłogę, podszedłem niepewnym krokiem do lady i upewniwszy się, że nikt poza ekspedientką mnie nie słyszy, po chwili zawahania w końcu wydusiłem z siebie:
-Tego nowego Kasztelana proszę.

     Niebo, jeszcze przed chwilą bezchmurne, natychmiast poczerniało, znikąd zerwała się nawałnica, z oddali dobiegło wycie wilka, a szatan na moim ramieniu roześmiał się złowieszczo:
-Przegrałeś. Twoja dusza jest już moja. Moja! MOJA!


Tak, zdarza mi się wypić „koncerniaka”. Nie tylko w celu kronikarsko-blogerskim. I nie spluwając przy tym przez lewe ramię dla odczynienia uroku, nie krzywiąc się ostentacyjnie i nie komentując po każdym łyku, jakby to napisała moja już-nie-nastoletnia-siostra: „BORZE, ZA CO” (iks de iks de iks de). Oczywiście mając do wyboru piwo lepsze i gorsze wybieram lepsze; niestety, nie zawsze jest taki wybór. Przy okazji imprezy plenerowej, juwenaliów, koncertu czy też będąc na tzw. bezpiwiu – Tyskie też piwo i bez skrępowania (chociaż z pewną taką nieśmiałością) sięgam po to, na co przynajmniej w teorii (wyznawanej jak religię przez niejednego piwnego pasjonatę) nawet nie powinienem spojrzeć. A jeśli już, to tylko po to, by to skrytykować… Taka myśl mnie naszła, gdy zostałem w trakcie niedawnego koncertu „przyłapany” z Żywcem pitym wprost z plastikowego kubka. Cóż, niestety przemycona na koncert PINTA mi się skończyła, pić się chce, więc co ja, biedny żuczek, miałem począć? Zrobiono mi kompromitujące zdjęcia, teraz pewnie wyrzucą mnie ze Związku Zawodowego Piwnych Blogerów…

Kiedy craft śpi, budzą się upiory.
     Nie, wróć. Bzdura całkowita. Niedobre piwa można podzielić na dwie kategorie. Takie, które są niedobre – gdyż mają konkretne wady, których w zamierzeniu piwowara miało nie być w gotowym produkcie. Moje znienawidzone warzywka, masło, mokre skarpety (podpowiedź – te hasła są linkami, po kliknięciu w nie można zobaczyć, co mam na myśli, gdyż większość z tych wad, nawet będąc fantazyjnie nazywanymi, ma swoje fachowe określenia) itd. itp. Kategoria druga niedobrych piw, to piwa które po prostu… Są niedobre. Albo inaczej: nie smakują. Mi. Ale mogą posmakować komuś innemu. Gdyby ludzie się we wszystkim ze sobą zgadzali, gdyby wszyscy mieli taki sam gust (lub jego brak), myśleli tak samo i chcieli tego samego, to byłoby na tym świecie cholernie nudno! I pewnie, że browarów, knajp oferujących ciekawe piwo i domowych piwowarów jest dziś więcej niż filmów porno oglądanych tygodniowo przez przeciętnego nastolatka, ale nie zmienia to faktu, że dalej zdecydowana większość konsumentów wybiera nie ostrygowego stouta, nie mocno goryczkową IIPA’ę, nie leżakowanego w beczce po kapuście kiszonej jasnego robust portera z dodatkiem złota z kradzionych w Barcelonie telefonów (pozdrawiam marokańskiego złodzieja, którego łupem padł tam mój kochany Samsung), ale „chamskie” jasne pełne, najlepiej w cenie poniżej 3 zł. I jasne, że wśród wielu amatorów – jak piszą często niedouczeni dziennikarze – „złotego trunku” – największe znaczenie ma cena, a smak jest istotny jak obietnice wyborcze już po wyborach, ale są też tacy, którym NAPRAWDĘ smakują piwa pogardliwie zwane koncerniakami.

Takie ceny. Do tego w lokalu!
     OK. Teraz wychodzi na to, że bronię przyzwyczajeń konsumentów, dla których szczytem wyrafinowania jest otwieranie czteropaka Żuberka na brudnej kanapie, gdzie oglądając odmóżdżające programy i trzymając rękę w spodniach spędzają wieczór za wieczorem. Tak nie jest. Ale też nie jest tak, jak niektórzy sądzą, że te wszystkie Tatry, Harnasie itd. są niedobre, bo w Brzesku (Okocim) czy w Tychach pracują niekompetentni piwowarzy. Wręcz przeciwnie! Stawiam RISy przeciwko Warkom, że są to świetni i dobrze opłacani fachowcy, którzy naprawdę potrafią zadbać o proces technologiczny. Czy nie potrafiliby uwarzyć piwa, które posmakowałoby tzw. beer geekom? Pewnie by potrafili. To dlaczego nie warzą?

Proste. Piwo masowe ma trafić do masowego odbiorcy. Ma być w miarę bez smaku, w miarę gładko „wchodzić” i za bardzo nie absorbować osoby pijącej swoimi aromatami. Ma być tanie, a to raczej nie poprawia jakości. Ma smakować mniej-więcej tak, jak oczekuje tego konsument; pamiętacie piwo Dog in the Fog? Mimo milionów grubych jak tuczony hamburgerami Amerykanin wydanych na kampanię reklamową (swoją drogą ta kampania była naprawdę świetna) piwo zostało wycofane z rynku z powodu zbyt małej sprzedaży. Dlaczego? Bo nie tego chciał konsument! To nie było coś, co on znał – więc piwo się zwyczajnie nie sprzedawało. Bo z jedzeniem i piciem jest jak z muzyką – najbardziej lubimy to, co już znamy. I pewnie, że jest trochę pokręconych zapaleńców, którzy na każdą nowość rzucają się jak Robben na piłkę (do których należy niżej podpisany), ale to nie tacy ludzie tworzą masowy rynek. Niszowy – owszem. Oczywiście nie jest też tak, że jak ktoś pił całe życie tylko Heinekena, to z Heinekenem skończy żywot swój – ale o tym, jak to zmienić, pisałem już tutaj.

Na bezpiwiu i Tyskie piwo.
     Ucieka mi główny temat. Dlaczego osoba rozkochana w piwowarstwie rzemieślniczym rzadko – lub wcale – nie sięga po piwo koncernowe? Ponieważ te piwa z reguły są bardzo nijakie. Homeopatyczna goryczka, jakiś niewyraźny posmak słodowy, przy przełknięciu lekki kwasek. To raz. Dwa – gdyż zdecydowana większość (ale nie wszystkie!) piwa masowe są właściwie takie same. Przyznaje to nawet mój dobry kolega, zatwardziały wróg wszelkich „wynalazków”, czyli wszystkiego innego, niż „jasne pełne”; nawet bez sprawdzania wie, że w ślepym teście nie odróżniłby od siebie większości najpopularniejszych piw. Tutaj też mogę napisać: kiedy z powodu „blogerskich obowiązków” w sytuacji jak w pierwszym akapicie sięgam po właśnie rzuconego na rynek koncerniaka, jestem w stanie z 90% trafnością opisać go jeszcze przed spróbowaniem. Czyli standard: lekko gorzkawa woda z kiepską pianą, wodnista, nagazowanatak, że po trzech łykach człowiekowi rozsadza trzewia gorzej niż żołnierska grochówka. I niestety zwykle się sprawdza. Po trzecie – i chyba najważniejsze – zadaniem takiego piwa nie jest dostarczenie smakoszowi orgazmu w ustach i doprowadzenie do organoleptycznej nirwany, a w miarę tanie i bezstresowe dostarczenie do organizmu procentów. 
     Ale – choćbyśmy się nie wiem jak zarzekali, że pijemy je dla smaku – piwo to przede wszystkim napój alkoholowy.

 Konkluzja? Dopowiedz sobie sam/a. Niemniej niech to nie będzie następnym razem dla Ciebie zaskoczeniem, kiedy spotkasz mnie na koncercie z plastikowym kubkiem w dłoni 🙂

6 thoughts on “Piwo koncernowe – czyste zło?

  1. Mam nadzieje że nie jestem tym wymienionym dobrym kolegą bo właśnie sam wziąłem na test linię grodziskich :S A tak btw to rozumiem że ten post jest środkiem zapobiegawczym na ewentualne fotki z juwenaliów, na których……. no, już dobrze wiesz co 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top