Loading

     Cóż, sporo wody w okolicznych ściekach upłynęło, odkąd ostatni raz popełniłem jakiś wpis, hmmm, edukacyjny – wolę się skupiać na społecznych aspektach tzw. piwnej rewolucji, doradzać w wyborze piwa czy od czasu do czasu napisać jakąś przydługawą recenzję; te krótkie wrzucam tutaj – od przedwczoraj przybyło ich kilkadziesiąt(!). Aż dziwne, że od stukania w klawiaturę nie porobiły mi się zakwasy palców… Cóż. Sądziłem, że wraz z coraz powszechniejszym dostępem do piw rzemieślniczych, poszerzającej się świadomości klasowej piwnej itd. mity typu żółć bydlęca, piwo bez chmielu czy kropki na spodzie puszki powoli odchodzą do lamusa, ale w ciągu ostatnich ledwie kilku dni spotkałem się z kilkoma opiniami (niektóre z nich są, jak się okazuje, powszechne), które czuję się w obowiązku skorygować. Bo nie może być tak, że ktoś w internecie się myli.

Piwo ciemne? Nie chcę, bo nie lubię słodkich/mocnych/słabych piw!

 

Zacznijmy od tego – bardzo nie lubię rozróżnienia między piwem jasnym i ciemnym – głównie dlatego, iż jest do dychotomia z gruntu fałszywa. Piwo nie jest albo czarne jak moje myśli w poniedziałkowy poranek albo jasne – między tymi skrajnościami jest cała masa kolorów, odcieni i barw, które piwo może przyjąć. Piwo w kolorze pomarańczowym to już ciemne czy jeszcze jasne? A czerwone? Rubinowe? itp. Ale dla uproszczenia przyjmijmy, że piwo ciemne to piwo o kolorze dążącym do czerni – czarne, brunatne, bardzo ciemno brązowe itd.

Ale do rzeczy. Pamiętam czasy, gdy obowiązującym stwierdzeniem była powszechnie uznana za fakt opinia, że piwo ciemne to piwo słodkie. Dlaczego? Ponieważ jedynym lub jednym z niewielu powszechnie dostępnych na rynku ciemnych „piw” było Karmi, które faktycznie było intensywnie słodkie. Stąd nawet pamiętam, że któryś z moich znajomych twierdził, iż piwa ciemne to piwa dla bab – a jak kiedyś go poczęstowałem intensywnie goryczkowym american stoutem, to musiał goryczkę z języka szczotką drucianą zdzierać (i pewnie potem nie czuł smaku przez trzy dni) Ale ostatnio wahadło wychyliło się w drugą stronę – i spotykam się z opiniami, że jak piwo ciemne, to na pewno gorzkie. I ciężkie. I mocne. Jakby kolor dodawał piwu +50 do goryczki i z automatu podwajał mu zawartość alkoholu (a jak zabarwię wódę na czarno, to będzie miała 80%?). Nie – nie jest tak. Piwo ciemne może być lekkie, może być ciężkie. Może być słodkie, może być gorzkie. I może przybierać całą paletę smaków i „ciężaru” pomiędzy. Jedyne, czego możemy być w miarę pewni sięgając po piwo ciemne, to – najprawdopodobniej – posmaki kawowe, czekoladowe czy palone.

Przeterminowane piwo? Nie chcę się zatruć, wylej!

Zawsze mnie zastanawiało, skąd u ludzi bierze się panika, ilekroć biorą do ręki produkt spożywczy i okazuje się, iż jest on np. jeden dzień przeterminowany. Jakby w środku siedziały bakterie z zegarkiem w ręku i czekały na godzinę 23:59 danego dnia – by minutę później podstępnie produkt zepsuć… Nie, to tak nie działa. Informacja „najlepiej spożyć przed” oznacza, cytuję:

 Data, do której prawidłowo przechowywany środek spożywczy zachowuje swoje właściwości. Nie oznacza to, że po przekroczeniu daty jest on niebezpieczny dla zdrowia. Dokładnym znaczeniem daty minimalnej trwałości jest to, że po upływie terminu ważności producent już nie gwarantuje, że produkt będzie utrzymywał tę samą jakość, którą ma produkt świeży. 

     Koniec cytatu. Oczywiście, w przypadku piwa sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, gdyż jest to produkt zmieniający się w czasie – świeże piwo często smakuje inaczej, niż to przetrzymywane dłużej; często piwo jest nieutrwalane, co może znacznie skrócić czas jego żywotności. Piwa mocno chmielone czy też hefe-weizeny dużo lepiej smakują, gdy są świeże (co nie oznacza, że przeterminowane o tydzień będą skwaśniałe, raczej jest na to mała szansa). Niektóre sklepy – co notabene jest niezgodne z prawem, ale zgodne z moim sumieniem i sumieniem mojego portfela – sprzedają piwa po terminie np. za pół ceny. W ten sposób niedawno nabyłem jedno piwo z browaru Evil Twin – które było tak mocno przeterminowane, że aż miało wyblakłą etykietę i nie dało się nawet odczytać, kiedy minęła mu data ważności! I co? I smakowało normalnie. A są też piwa, o czym wiele razy pisałem, które po upływie roku, dwóch czy pięciu – mimo dawno przekroczonej daty minimalnej trwałości – smakują nawet lepiej, niż świeże egzemplarze! Dość powiedzieć, że w niektórych krajach w przypadku takich piw nawet nie podaje się daty trwałości. Tylko datę rozlewu. U nas jednak prawo wymusza takie rozwiązania.

A, i jeszcze jedno. Nie bój się, że zatrujesz się piwem przeterminowanym. Jeśli faktycznie się zepsuło – to będzie skwaśniałe i niepijalne, więc nie ma ryzyka, że wypijesz je nieświadomie.

Piwo z puszki smakuje metalem, fuj!

 

Kilka dni temu Browar Zamkowy Cieszyn poinformował, że na rynku niedługo pojawią się uwarzone przez niego piwa w puszkach 0,33l. Moim zdaniem to fajna sprawa – kiedy idę pochodzić po górach, puszki są wygodniejsze w noszeniu – lżejsze i się nie potłuką. Przepuszczają mniej światła, a więc w pewien sposób są lepsze od butelek, gdyż piwu w puszce nie zaszkodzi długie wystawienie na promienie słoneczne. A w przypadku Browaru Zamkowego mają mniejszą pojemność, niż butelki z tym samym piwem, co przy mocnym piwie jest fajne. I co? Pod postem z tą informacją rozpoczął się lament, że piwo będzie smakować metalem, że bez sensu, że szanujący się piwosz nie kupi piwa w puszce.

A ja na to odpowiadam: szanujący się piwosz nie pije piwa wprost z puszki. Bo to jedyna sytuacja, kiedy faktycznie piwo z puszki może mieć metaliczny posmak (zakładając, że piwo nie smakuje metalicznie samo z siebie) – a to dlatego, że nasze usta mają wtedy bezpośredni kontakt z metalem. Piwo uwięzione w puszce takiego kontaktu nie ma – puszki są od środka lakierowane, więc nasz ulubiony napój w żaden sposób nie przesiąka smakiem puszki, wbrew temu, co głosi popularny mit. Sprawdźcie to sami – kupcie to samo piwo w butelce i puszce i przelejcie je do szkła. Nie będziecie w stanie rozróżnić, które jest które.

Przy okazji – w Stanach IPA z puszki nie budzi żadnego zdziwienia. Tam to zupełna norma.

Goryczka i smak chmielu to to samo

     Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Nawet wśród bardziej doświadczonych fanów piwa pokutuje przekonanie, że chmiel – jeśli chodzi o smak – odpowiada tylko za goryczkę. A tak nie jest! Smak chmielowy i goryczka to nie jest to samo! Oczywiście – w pewnym sensie jest to prawda. Faktycznie goryczka w piwie w sporej części pochodzi od chmielu – jednak jest ona wypadkową kilku innych rzeczy. Ale jednocześnie smak chmielowy wcale nie musi oznaczać goryczki. Dobrze to czuć na przykładzie piw typu IPA sprowadzanych do nas zza wielkiej wody – też są potężnie nachmielone i często goryczkowe, ale jednocześnie, poza rzeczoną chmielową goryczką, można też rozkoszować się feerią chmielowych smaków – cytrusowych, ziołowych, owocowych, leśnych itd. itp. Powiem więcej – piwo mocno nachmielone może być pełne wymienionych wyżej smaków, a jednocześnie mieć goryczkę na poziomie stosunkowo niewysokim. I być pyszne! Wiecie, to jest jak z pieprzem (tę analogię podpowiedział mi jeden z katowickich sędziów piwnych – pozdrawiam, jeśli to czytasz, Piotrek) – wiadomo, dosypanie go do potrawy powoduje, iż jest ona ostra, ale jednocześnie jesteśmy w stanie zidentyfikować smak pieprzu. I wiemy, że inaczej smakuje pieprz zielony, a inaczej czarny – mimo że oba są ostre…

Polacy nie umieją robić piw, czeskie piwa są lepsze niż polskie!

     Zacznijmy od tego – zdanie to (na szczęście coraz rzadziej przeze mnie słyszane) zawiera błąd uogólnienia. Czy faktycznie wszystkie czeskie piwa są lepsze niż wszystkie piwa polskie? Cóż, nie spróbowawszy wszystkich – nie można tak stwierdzić z czystym sumieniem. Ale OK, wczujmy się w punkt widzenia rozmówcy: pewnie chodzi mu o to, że zdecydowana większość przez niego próbowanych czeskich piw była lepsza od wypitych piw polskich. A co to oznacza? Że… Najprawdopodobniej znajomość piwa u takiej osoby kończy się na Tyskim, Radegaście i Kozelu. Notabene – piwa te są warzone przez ten sam koncern, SABMiller… A skąd w ogóle wzięło się takie przeświadczenie? Faktycznie, unifikacja rynku piwnego w Czechach nastąpiła później, niż w Polsce, stąd piwa nawet z większych czeskich browarów dłużej wyróżniały się na plus w stosunku do coraz bardziej podobnych i bezsmakowych piw polskich. Do tego mnogość czeskich hospod, często sprzedających piwo wyłącznie z małego, okolicznego browaru, powodowała wrażenie, że czeskie piwa są z reguły lepsze. Bo być może i były. Ale dziś? Jeśli zależy nam na czymś ciekawszym, niż kolejne jasne pełne albo czeski pils (czeskich koncernówek tutaj nawet nie liczę – one osiągnęły poziom polskich, a niektóre są nawet gorsze), to według mnie Polska bije Czechy na głowę. Z racji geograficznej bliskości dosyć często jeżdżę do naszych południowych sąsiadów i mam wrażenie, że oni dziś są na etapie Polski 2-3 lata temu – czyli nowofalowe piwa są coraz popularniejsze, ale na pewno nie tak, jak dzisiaj u nas. Nie cechują się ani taką różnorodnością, ani takim kunsztem, jak niektóre polskie browary – a niektóre pewniaki, jak np. kiedyś bardzo lubiany przeze mnie Kocour, dzisiaj zjadają własny ogon. Dość powiedzieć, że niedawno byłem w Pradze, a tam w jednym ze specjalistycznych sklepów widzę polskie piwa – Pinta, AleBrowar itd. Pogadałem chwilę ze sprzedawcą, powiedział, że piwa te sprzedają się bardzo dobrze, a poza tym zna czeskich piwowarów, którzy… Jeżdżą do Polski podpatrywać trendy i pomysły na fajne piwa! Gdyż u nich piwna „scena” jeszcze nie osiągnęła takiej dojrzałości, jak nasza.

Która też jest jeszcze bardzo niedojrzała. Ale to temat na osobny wpis...

6 thoughts on “5 (kolejnych) nieprawdziwych opinii o piwie, których lepiej nie wygłaszać

  1. pan który pisał ten art. chyba ma przepalone slinianki do wszystkich podpunktów sie zgadzam oprócz ostatniego jak smie pan porównywac czeskiego koncerniaka do Polskiego?mam sporo przyjaciół którzy jeżdzą do czech co tydzien ja sam prawie co tydzien tam jeżdze nie da się porównac smak radegasta do tyskiego tyskie nie ma smaku. to że to jedna duża kompania z RPA zakupiła te browary nie znaczy że mają te samą technologię produkcji wiem na 200 procent że radegast w Noszowicach nie warzy piwo tzw. cold brewery tak jak tyskie tylko klasyczną metodą to Ze sab miler kupił pilzenski prazdroj którego członkiem jest Radegast niczego w jakosci tego piwa nie zmieniło! jestem wielce oburzony porównaniem w ostatnim akapicie!nawet najgorzy czeski koncerniak jest o 200procent lepszy od Polskiego!

  2. Polecam zapoznać się z Pardalem, którego w żadnym wypadku nie da się wypić. Trochę minęło już czasu, gdy jak młody pelikan łykałem wszystkie czeskie koncerniaki. Są takie w porządku i są podłe jak plany prezesa. Czeski koncerniak (np. Staropramen) jest tak samo podły jak polski (np. Lech).

  3. To zadziwiające, ale wszystkie z powyższych komentarzy padły z ust moich znajomych w tym tygodniu (z wyjątkiem porównania piw polskich i czeskich). Nie jest to (i wbrew pozorom, i na szczęście) żaden powód do głębszego smutku, lecz idealna okazja do obalenia tych obrzydliwych i wielokrotnie powielanych mitów. Co sukcesywnie czynię 🙂
    Dobra robota, pozdrawiam!

  4. Szczerze mówiąc liczyłem na głos polemiczny odnośnie ostatniego podpunktu, tylko może na taki mniej, hmmm, agresywny 🙂 Niemniej tezę swoją mogę podeprzeć ślepymi testami przeprowadzanymi właśnie na osobach pijących czeskie koncernówki na hetkolitry – jakież było ich zdziwienie, gdy nalałem im do szklanki m.in. Staropramena 11 i któryś polski koncerniak i mniej-więcej połowa "respondentów" nie była w stanie powiedzieć, który jest który. A wśród czeskich koncernówek cała masa jest wyjątkowo podła, chociażby ww. Pardal.

    Jeśli będzie Pan (Pani?) w Katowicach w któryś dzień, chętnie założę się o piwo i przeprowadzimy taki test. Tylko proszę dać mi znać z tydzień-dwa wcześniej, żebym do Czech zdążył się wybrać po zaopatrzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top