Loading

-Hmmm, dobre, ale 7 zł za piwo to ja nie dam!

Zareagował niedawno poczęstowany przeze mnie fajnym APA kolega z pracy. Oczywiście po pracy. Picie alkoholu w pracy jest nielegalne, niemoralne i powoduje tycie – i tzw. „branże kreatywne” przy pracy absolutnie alkoholu nie piją. W pierwszym momencie chciałem kolegę – zarabiającego równowartość takiego piwa w kilka minut – wyśmiać, a że złośliwa ze mnie bestia, to do głowy natychmiast przyszło mi przynajmniej kilka pomysłów na sarkastyczne obrażenie go kilka pokoleń wstecz. Ale – po długiej, wewnętrznej walce z samym sobą, którą dało się zaobserwować na mojej pociętej licznymi bliznami twarzy – odpuściłem. Bo… Kto dał mi prawo ustalania, ile za coś warto zapłacić, a ile nie? Poza tym – been there, done that. No i sam przecież też tak mam, wszyscy tak mamy, że wiele rzeczy wydaje nam się absurdalnie drogie – tylko dotyczy to innych produktów. Czyli przedstawiam luźne dywagacje na temat granicy tego, ile jesteśmy w stanie zapłacić za piwo. I dlaczego tak mało. Albo dużo. 

Ale po kolei: najpierw cofnijmy się do historii niemalże starożytnej. Połowa ubiegłej dekady (tutaj przypominam ludziom urodzonym jeszcze za komuny – wbrew temu, co myślicie, 10 lat temu nie były lata 90., pierwszy Matrix jest już prawie pełnoletni, a bracia Wachowscy są teraz siostrami). Ludzie mieszkali w jaskiniach, komputery były na parę, a kobiety nie goliły nóg. Kupno w sklepach (za muszelki) czegoś poza lechotyskożubrem albo marketowym szajsem ledwo przypominającym piwo graniczyło z cudem. Wprawdzie szukając czegoś z nieco wyższej półki można było sięgnąć po serię Smoków z Fortuny, Ciechany albo Smoczą Głowę (Stary Kraków – pierwszy polski kontraktowiec!), ale wtedy browary regionalne były regionalnymi nie tylko z nazwy, dystrybucja ich piw była naprawdę mocno ograniczona. Powiedzmy, że już wtedy miałem jako-takie pojęcie o piwie; przed domówką, grillem, posiadówą w parku kupowałem hefe-weizeny (o kupnie AIPA’y w osiedlowym spożywczaku nikt wtedy nawet nie myślał, tym bardziej, że mało kto wiedział, że coś takiego istnieje), czasem jakiegoś koźlaka albo brytyjskiego „ejla„, ale… Tylko jedną sztukę. Na zasadzie: jako pierwsze piwo wypiję coś ciekawego (już wtedy wśród znajomych uchodziłem za piwnego hipstera), a potem – standardowo – łoimy taterkę z puchy. No bo kto to widział – dać za piwo 4 zł? Albo i więcej! Toż to jakaś ekstrawagancja! Poza tym po co przepłacać, skoro piwo można kupić za 2 cebuliony – albo i mniej?!

A teraz wróćmy do naszych czasów. Nieraz łapię się na tym, że żałuję wydać 25 zł na obiad (bo przecież w knajpie dwie ulice dalej najem się za 12 zł), a jednocześnie nie mam problemu z kupnem piwa za jeszcze większą kwotę. Spacerując sklepowymi alejkami odruchowo pomijam wymyślne pleśniowe sery po kilkanaście złotych za małą kostkę (chociaż je uwielbiam) wybierając marki, hmm, budżetowe (ale skłamałbym, gdybym powiedział, że od czasu do czasu nie zrobię sobie małej przyjemności). I wyobrażam subie tutaj jakiegoś cheesegeeka, blogera serowego z bloga zserem.pl (nie musisz sprawdzać, czy istnieje coś takiego, nie istnieje. Jeszcze), który wyrasta spod ziemi, wytrąca mi z ręki koncernowego camemberta albo brie i śliniąc się i z obłędem w oczach krzyczy, żebym kupił tamten ser z mleka tybetańskiego jaka z fioletową pleśnią postarzany w beczkach po kiszonej kapuście, bo przecież jest lepszy, bo kraftowy, bo z małej serowarni, a nie wielkiej fabryki sera, więc na pewno też smaczniejszy – no i czy nie szkoda mi życia na zjadanie słabych serów?

Widzicie analogię? Oczywiście jest ‚nieco’ naciągana i przesadzona (a może wcale nie jest? Jakiś czas temu w Katowicach otwarto sklep z ekskluzywnymi serami, niestety – splajtował), ale jednak trzeba wziąć pod uwagę, że nie każda osoba chcąca napić się piwa koniecznie musi od razu sięgać po to z najwyższej półki. W szczególności cenowej. Że nie każdy potrzebuje piwnej masturbacji fantastycznym, wędzonym drewnem z Arki Noego RISem leżakowanym z kością z rogu jednorożca. Bo szkoda jej kasy. Bo tej kasy nie ma. Bo woli ją przeznaczyć na coś innego. Są audiofile, którzy ostatnią złotówkę wydadzą na złote końcówki do kabli, bo to podobno poprawia dźwięk – czego niewprawne ucho nigdy nie usłyszy (chociaż sądząc po moim oszalałym na tym punkcie kolegą mam wątpliwości, czy sami audiofile to słyszą). Są pasjonaci rowerowi, których pojazdy kosztują więcej, niż niejeden samochód – podczas gdy większości z nas do pełni szczęścia starcza marketowy „góral” i pukamy się w głowę, gdy słyszymy, że ktoś wydał na same przerzutki tyle, ile średniej wielkośi państwo przeznacza rocznie na zbrojenia. Ktoś wyda na swoje „koło” (tak na Śląsku mówimy na rowery) dwa tysiące, dla innego granicą będzie 5. Według potrzeb, możliwości, świadomości. I podejścia. Kiedyś, jak wspomniałem, wydanie 4 czy 5 zł na piwo było okazyjną ekstrawagancją. Potem granica przesuwała się coraz bardziej – 7, 10, 20, 30 zł za butelkę – i odpowiednio więcej w pubie… Teraz zdarzy mi się kupić piwo za 70 zł, ale jest to sytuacja rzadka jak zgoda w polskim sejmie. A i sam widząc w sklepie beer geeka, który kupuje koszyk piw po 100 zł za butelkę, myślę, że przesadza. Cholera, przecież to tylko piwo! Wypijesz je człowieku w pół godziny i tyle z niego będzie! Ale kto wie, czy z czasem moja wewnętrzna granica nie przesunie się jeszcze bardziej…

Tutaj mała dygresja, a nawet kilka, odnośnie cen piwa. Jest tak, że za produkt premium jesteśmy w stanie dać więcej. Koncerny pozycjonują niektóre piwa na marki premium, mimo że koszt ich wyprodukowania wcale nie musi być znacząco większy, niż produktu ze średniej półki albo produktu marki budżetowej. A niektóre browary (a może to hurtownie – albo sklepy?), chcąc zarobić na coraz większej popularności piw mniejszych producentów, podnoszą diametralnie ceny swojego piwa. Kilka lat temu, gdy cała dzisiejsza piwna „scena” dopiero raczkowała, byłem w stanie kupić piwa z Grybowa czy Połczyna-Zdroju za 2 zł. Ostatnio piwa z tego drugiego kosztują nieraz ponad 4 zł, z kolei grybowskie piwa widziałem nawet po 7 zł! A jakoś nie wierzę, żeby przez te kilka lat cena wyprodukowania pół litra piwa nagle wzrosła o 100%. Tutaj zachodzi też inny ciekawy mechanizm. Od barmanów jednego z lokali dowiedziałem się, że sprzedawane przez nich piwo jednego z browarów – z racji pominięcia hurtownika (o ile czegoś nie przekręciłem, chodziło o małą fizyczną odległość browaru od knajpy) – kosztowało 2-3 zł mniej, niż inne piwa. I… Nie schodziło zbyt dobrze, klienci niechętnie je kupowali. Do czasu, Aż ceny tego piwa nie zrównano z cenami pozostałych piw – czyli podniesiono i kilka złotych! Widać klienci podejrzewali, niesłusznie, że za niższą ceną kryła się niższa jakość. A może chodzi o coś innego – o efekt Veblena? Koniech dygresji. 

Przez ostatni tydzień odwiedziłem Warszawę i Wrocław. Zauważyłem, że piwa w tamtejszych lokalach są o kilka złotych, niż te same piwa w Katowicach. I złapałem się na tym, że jednak wydanie 14 zł na jedno piwo w lokalu trochę mnie boli – więc w rzeczonym Wrocławiu napiłem się (bardzo smacznego) barley wine z Nogne (Nogne #100). Za 20 zł za 0,3 l. Czyli za cenę prawie dwa razy większą. Dlaczego? Jak wspomniałem wcześniej, konsumenci są w stanie więcej zapłacić za produkt premium. Albo chociaż za poczucie, że z takowym obcują (ale w tym wypadku to nie było tylko poczucie). Kiedy przychodzi do zapłacenia 14 zł za zwykły dry stout, a przyzwyczailiśmy się, że to piwo kosztuje mniej – to mamy opory. Proste porównanie – wyobrażacie sobie zapłacić za eurolagera, smakującego jak EB albo Lech, 11 zł?   Kiedy w sklepach pojawiły się jasne lagery z Browaru Sobótka Górka w cenie kilkunastu złotych za 0,3 l (!), to ludzie kręcili nosem. I nic w tym dziwnego – w tej cenie możemy mieć kilka butelek równie dobrego piwa w tym samym stylu. Ale jakby to piwo było leżakowane w beczkach po innym alkoholu, miało ciekawy (nawet tani!) dodatek, było bardzo trudno dostępne i w limitowanej serii, to na pewno zeszłoby na pniu. Dobra luksusowe rządzą się swoimi prawami. A wspomniane wyżej importowane z Norwegii barley wine jednak jest w pewnym sensie dobrem luksusowym, niedostępnym na co dzień, a do tego wysokiej jakości.

Cóż, mogę z całą odpowiedzialnością przyznać, że piwo rzemieślnicze to moje hobby. Lubię próbować nowych smaków, poznawać nieznane wcześniej połączenia, style i browary, gadać o nich z innymi wkręconymi w temat znajomymi. Podzielić się czasem o nim opinią na forum czy Facebooku (pozdrawiam browar.biz i grupę „Jak będzie w piwie”, zwaną też Jepiwką) i opisać na blogu (właściwie każde nowe piwo, którego próbuję z butelki, opisuję tutaj). Też nie bój się czasem szarpnąć na coś ciekawego i, no cóż, drogiego – w końcu każdy czasem zasługuje na odrobinę przyjemności! Ale jednocześnie mam świadomość, że dla zdecydowanej większości ludzi piwo to tylko używka; mniej lub bardziej smaczny sposób wprowadzenia życiodajnych procentów do krwioobiegu, sposób na rozluźnienie się po całym dniu korposzczurzej pracy, uprzyjemniacz spędzanego z przyjaciółmi lub samotnie czasu. I jak najbardziej rozumiem, że dla kogoś 12 złotych za piwo to sporo – i ja sam, jeśli mam dać więcej niż kilkanaście złotych za coś, co nie jest ekstra, a przynajmniej nie ma szansy takim być, to często odpuszczam. Dlatego, jeśli kiedyś osoba, z którą idziesz na piwo, będzie kręcić nosem, że nie chce iść do multitapu, bo tam jest drogo – nie wymyślaj jej od skąpców, nie przekonuj na siłę, że przecież kilkanaście złotych za piwo to nie jest dużo (tutaj salomonowym wyjściem są lokale, gdzie można otrzymać zarówno niedrogie jasne pełne, jak i coś z innej półki). Zamiast tego następnym razem sprezentuj temu komuś ciekawe piwo, bo – kto wie – może ta osoba też jest kandydatem lub kandydatką do wsiąknięcia w przebogaty świat piwa?

     A jaka jest Twoja granica? Ile złotych za piwo to za dużo dla Ciebie?

P.S. Czasem sobie myślę, że mogłem sobie znaleźć tańsze hobby. Jak np. kolekcjonowanie luksusowych samochodów.

P.P.S. Plusem kupowania piw w cenie 15+ zł, zwykle zagranicznych, jest to, że bardzo rzadko się na takich piwach zawodzę. Natomiast przy rodzimych piwach w przedziale rozczarowany jestem równie często, jak zadowolony… Więc cenowo wychodzi niemalże na to samo 😉

P.P.P.S. Za zdjęcia dziękuję Karolinie vel Kalmarowi, obecnej na zdjęciu Kasi, lokalowi Absurdalna (gdzie Karolina i Kasia pracują) oraz Arkowi, który zgodził się być na zdjęciu. I pozdrawiam ekipę

Shot And Tie TV!

 

6 thoughts on “Ile dasz za piwo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top