Loading
Bulleit Bourbon Commercial
Reklama bourbonu Bulleit

New York, New York. Ciężko nie zanucić piosenki Franka Sinatry zbliżając się do Lotniska Kennedy’ego, kiedy zza horyzontu wyłaniają się pierwsze drapacze chmur. W ten niezbyt oryginalny sposób zaczęła się nasza przygoda ze Stanami Zjednoczonymi. Nasza, ponieważ na „wycieczkę” do krainy amerykańskiego snu wybrałem się z moją świeżo poślubioną żoną w ramach naszej poślubnej podróży. O tym, co widzieliśmy, o tym, jak nam się podobało – oraz przede wszystkim o tym, co piliśmy, będzie ten oraz kilka następnych wpisów.

Plan był prosty: najpierw kilka dni w Wielkim Jabłku, następnie Miami, a potem się zobaczy. I polecam ten sposób podróżowania po USA – często ciężko zaplanować, co będzie robiło się za tydzień czy dwa, w szczególności w państwie, którego powierzchnia jest zbliżona do powierzchni Europy, a pogoda bywa bardziej zmienna niż poglądy polityczne Romana Giertycha.

Manhattan skyscrapper
Wieżowce

Jak każdy, także i my mieliśmy w swojej głowie pewien obraz Stanów Zjednoczonych. Część stereotypów się sprawdziła, część nie; przede wszystkim słyszeliśmy, że amerykanie są zawsze uśmiechnięci, serdeczni i uwielbiają „small talki”. I wprawdzie na kolejnych etapach wycieczki okazało się to prawdą, ale pierwszym Amerykaninem, jakiego spotkaliśmy, był wyjątkowo grubiański Mr Chung, urzędnik imigracyjny, który zadał nam zestaw standardowych pytań (kim jesteśmy, co będziemy robić), nie szczędząc nam przy tym złośliwych uwag. Na szczęście poza tym cała procedura przebiegła szybko (całość, razem ze staniem w kolejce trwała dla nas może 10 minut) i mogliśmy oficjalnie postawić stopy na amerykańskiej ziemi.

Po odebraniu bagaży, przejażdżce AirTrainem oraz małej przygodzie z nowojorskim metrem (średnio 2 na 3 razy bilet na metro nie działa i trzeba przeciągać kartę magnetyczną kilka razy, a liczba żebraków, karaluchów oraz cwaniaków na metr kwadratowy przekracza polskie standardy z lat 90.) dotarliśmy do hotelu. Tutaj mała uwaga: hotele w Nowym Jorku są absurdalnie drogie, im bliżej Manhattanu, tym droższe; do tego niejakim luksusem jest prywatna łazienka. Udało nam się znaleźć stosunkowo niedrogi (150 dolców za noc + podatek) i całkiem fajny hotel na Queensie, zaraz obok Queensbridge, czyli mostu łączącego Queens z Manhattanem. Jak się okazało – to, że na mapie wygląda to na rzut polskim beretem, nie oznacza, że to jest blisko. Bez przejażdżki metrem spacer mostem to prawie pół godziny drogi piechotą… Lub samochodem, gdyż te stoją tu w wiecznych korkach.

Trochę o piwie

Next Coast IPA Goose Island
Next Coast IPA z Goose Island

Oczywiście zanim ruszyliśmy w dalszą drogę, musiałem spróbować tutejszego piwa. Szybki rekonesans po okolicy i okazało się, że pubów jest mnóstwo, sklepów nieco mniej, ale na pewno nie umrzemy z pragnienia 😉 Pierwszy zgrzyt – mimo że lodówki w sklepach spożywczych pełne są ciekawych piw, okazuje się, że można je kupić praktycznie wyłącznie w 4-(duże puszki) lub 6-pakach. Zapomnij o tym, że pójdziesz do spożywczaka i kupisz sobie 12 różnych piw! Na sztuki występowały prawie wyłącznie koncerniaki. A przecież takiego Bud Lighta czy Millera to mogę dostać w Polsce gdybym chciał. A nie chcę.

Na szczęście znalazłem w okolicy sklep, gdzie wolno rozrywać 6-paki i kupować piwa pojedynczo. Niemniej jest to wciąż rzadkość. Na pierwszy ogień poszło piwo Next Coast IPA z Goose Island. Mała butelka (0,335 l), cena: 1,5 dolca (czyli mniej, niż polski kraft). Goose Island to znany browar „rzemieślniczy” wykupiony niedawno przez wielki koncern. I co? I taka taniutka, powszechnie dostępna amerykańska IPA zjada na śniadanie 3/4 polskiego kraftu. Nie jestem zwolennikiem tezy, że „zagramaniczne to lepsze”, ale serio – prawie każda AIPA pita w Stanach była po prostu świetna. Może to kwestia świeżego chmielu, może to kwestia dużego doświadczenia – pewnie wszystkiego po trochu.

Mikrobrowary

Big aLICe Brewing
Deska piw i śrutownik w Big aLICe Brewing

Równie dobry był Sixpoint Crisp Pilsner. To był pierwszy i zarazem ostatni (poza brewpubami) dobry lager, jaki piłem w Stanach. Oczywiście nie oznacza to, że USA nie umie w lagery – ale nawet te kraftowe często były zwyczajnie kiepskie. Oczywiście nie będę teraz pisał o każdym jednym piwie, jakie piłem, bo ten wpis miałby wtedy objętość mojej pracy magisterskiej (114 stron samego tekstu!), ale postaram się przy jego okazji opisać kilka trendów. Oraz ciekawych brewpubów.

Big aLICe Brewing brewery
Browar Big aLICe brewing

Tak się przypadkiem ( ͡° ͜ʖ ͡°) złożyło, że hotel mieliśmy w pobliżu kilku brewpubów. Pierwszy to Big aLICe Brewing (LIC = Long Island City, taka część Queens) zlokalizowany w okolicy o pięknej nazwie Dutch Kills („Holender zabija”). Typowo przemysłowa dzielnica jest w trakcie gentryfikacji – opuszczone magazyny zamieniają się w modne kluby, rozsypujące się kamienice dostają drugie życie, a stary garaż stał się browarem (dwie ulice był kolejny browar, trzy ulice dalej dwa kolejne… Dużo tego). Fantastyczna sprawa – dosłownie 4 stoliki, kilka fermentorów, ze 20 kranów (z których leje się wszystko, od jasnych lagerów po RISy i kwasy barrel aged). I stoliki stojące miedzy beczkami, w których jest piwo, a instalacją warzelniczą. Ciekawe, czy u nas by to przeszło 😉 Miejsce świetne, piwa świetne (poza lagerami), najbardziej w pamięć zapadł mi batatowy farmhouse ale (chyba najlepsze farmhouse, jakie piłem!) oraz pils z beczki po ginie (no, akurat ten lagery był dobry). I mimo że browar jest na odludziu, pośród opuszczonych magazynów – o 17 ciężko znaleźć tam nawet miejsce stojące. Życzyłbym sobie, aby i u nas minibrowary cieszyły się taką popularnością.

LIC Beer Project Russian Imperial Stout
LIC Beer Project
LIC Beer Project RIS
LIC Beer Project RIS

Drugim odwiedzonym miejscem był LIC Beer Project. Tym razem wielki hangar pełen hipsterów uraczył nas głównie (znowu pysznymi) RISami oraz AIPAmi, maszyną do popcornu oraz długimi ławami, przy których siadali nieznający się ludzie (jak się okazało – to jest dosyć częste w amerykańskich minibrowarach). Na kranach kilka klasowych IPA i DIPA oraz dobry, mocno czekoladowy RIS, do któego dostałem… Wodę do popicia. Tutaj kolejna uwaga – w brewpubach jest możliwość zamówienia „flight of beers” (warto wiedzieć, jak to się nazywa!), czyli deski degustacyjnej. Zwykle próbki mają po ok. 120-150 ml, często w widocznych na zdjęciach, uroczych szklaneczkach. I kolejna rzecz, której u nas nie ma – jeśli chcemy, żeby otworzyć nam rachunek, to trzeba… Zostawić kartę kredytową za barem. I odbieramy ją, jak wychodzimy, rzecz jasna uszczuploną o rachunek oraz napiwek. A napiwki to osobna kwestia… Ale o tym w kolejnym wpisie.

Tego dnia już nie pojechaliśmy na Manhattan. Ogarnialiśmy okolicę – wielopoziomowe skrzyżowania dróg, kolej biegnąca nad drogą, 100-letnie kamienice stojące w odległości kilku metrów od niesamowicie wysokich wieżowców ze szkła i stali… Uliczni sprzedawcy tego i owego (np. płyt winylowych), brudne knajpki jakby żywcem wyjęte z polskich Mazur z lat 90. stojące obok luksusowych restauracji. Ciągłe korki, hałas, trąbienie, ludzie przeciskający się między samochodami i policjanci, którzy mają na to wywalone. Siedzące na rogach „etniczne” ekipy z boomboxami oraz ludzie w garniturach w 35-stopniowym skwarze. I do tego chyba wszystkie języki świata. Jeśli widzieliście filmy o Nowym Jorku, to nawet w połowie nie oddają tego, jak naprawdę to miasto wygląda. A to tylko Queens. Byliśmy mega ciekawi, jak w takim razie wyglądać musi Manhattan…

 

Manhattan New York Sunset
Zachód słońca nad Manhattanem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top