Loading
11222716_10207198186343431_1183473422333248626_o
Park Nazarbajewa

Kazachstan. Co właściwie wiemy o Kazachstanie? Że za Stalina wywożono tam ludzi. Że . Że są stepy. Że była to część ZSRR. No, i że stamtąd miał pochodzić grany przez Sashę Baron Cohena Borat rzucający co i rusz „jaksiemasz?”. Ci nieco bardziej zainteresowani geografią wiedzą, że jest to dziewiąty co do wielkości kraj świata o powierzchni połowy Europy (bez Rosji). Ci bardziej zainteresowani polityką czy gospodarką wiedzą także, że prezydentem-dyktatorem jest tam Nazarbajew, że kraj czerpie spore zyski z ropy, doradcą tamtych władz był Aleksander Kwaśniewski, a Kulczyk robił tam biznesy.

Tyle? Tyle. Jakoś w połowie lutego dowiedziałem się na szczęście jeszcze jednej rzeczy: że można tam bardzo tanio dolecieć z Ukrainy. I to w dodatku ze Lwowa, więc z Polski niedaleko. Za ile? 593 zł! Niecałe 150 Euro. Bilet w obie strony! Loty Lwów-Kijów-Ałmaty-Kijów-Lwów. Niedawno za bilety do Barcelony płaciłem jakieś 4 stówki, więc plułbym sobie w brodę chyba do końca życia, jakbym nie kupił biletów na taką podróż… Czas pobytu – 10 dni. Kilka telefonów, 5 znajomych, kupujemy bilety i voila – lecimy!

Putin Hujlo

Do Lwowa dostaliśmy się bez zbędnych perturbacji (może poza faktem, że już na samym początku podróży zepsuł się samochód, a potem nie mogliśmy znaleźć w Krakowie miejsca, skąd odjeżdżają busy Interregio). Tam kilka szybkich piw w Pravdzie zwanej też Teatrem Piwa (a potem w słynnej Kryjivce), gdzie można było spróbować kilku warzonych na miejscu ejli – niestety według mnie odstawały one mocno od tego, co prezentują nasze piwa rzemieślnicze; a piwo z dodatkiem czarnej porzeczki było już niepijalną aberracją przypominającą w smaku gotowane warzywa podlane sfermentowanym płynem do mycia naczyń. Na uwagę zasługują natomiast etykiety prezentujące karykatury polityków – Angeli Merkel, Barracka Obamy oraz, oczywiście, Putina (patrz zdjęcie). Nazywa się Putin Hujlo, a co to znaczy – łatwo się domyślić. To piwo w stylu belgijskim było nawet całkiem smaczne.

Kijów

Następnego dnia, po nocy w hostelu, czekał nas lot do Kijowa. Jako że jestem podróżnikiem, który często na własne życzenie pakuje się w kłopoty, nie mogłem odmówić sobie przyjemności otworzenia butelki cydru chwilę przed przejściem przez wykrywacze metalu, co spotkało się ze złowrogą reakcją celników grożących usunięciem z lotniska, a nawet aresztem. Ale połowę zdążyłem (a właściwie zdążyliśmy, bo częstowałem współpodróżników) wypić, więc wyszło na moje.

W Kijowie spędzamy kilka godzin spotykając się z ukraińskimi znajomymi, pijąc hektolitry kwasu chlebowego oraz zjeżdżając na linie ze wzgórza nad przepływającym przez Kijów Dnieprem (polecam!). Dla mnie to był powrót do miasta, w którym nie byłem 5 lat – sporo się zmieniło od tego czasu. Na lotnisku kontynuujemy tradycję popijania piwa i dobiegnięcia do samolotu w ostatnim momencie.

Majdan Niezależności

No dobra. Dolatujemy po kilkugodzinnym locie do Ałmaty. Spodziewałem się prowincjonalnego lotniska wyglądającego jak dworzec PKS (na takim lądowałem kilka lat temu w Semfiropolu), a otrzymałem wielkie, nowoczesne lotnisko pełne podróżnych z całego rosyjskojęzycznego świata. Po krótkiej, ale bezowocnej rozmowie z celnikiem (ja nie mówię po rosyjsku, on nie mówił po angielsku) przechodzimy kontrolę i… Jest. Pierwszy raz stanąłem na azjatyckiej ziemi! Co mnie za to nie zaskoczyło – przy wyjściu kłębi się tłum mniej lub bardziej szemranych taksówkarzy oferujących „Taxi, taxi nada?”. Znaliśmy orientacyjną cenę dojazdu z lotniska do naszego hostelu (3000 tenge, czyli jakieś 60 zł), więc gdy wytargowaliśmy z taksówkarzem 1000 tenge (20 zł), ochoczo wsiedliśmy do samochodu.

Kazachowie bloki mają jeszcze brzydsze niż my.

Miałem nadzieję na jakąś starą Ładę, Moskwicza albo inny relikt radzieckiej myśli technicznej, więc srogo się rozczarowałem, gdy czekała na nas nowiutka Toyota Camry. Tutaj dygresja. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak dużej liczby luksusowych samochodów, jak w Ałmaty. Średnio jeden na dziesięć samochodów to Toyota Land Cruiser (jak zaśmiał się jeden Kazach – to niemalże ich samochód narodowy), drugi to Toyota Camry, a trzeci to jakiś wypasiony Lexus. Niewiele mniej było wielkich Mercedesów i innych limuzyn i SUVów… I do tego nie były to jakieś 20-letnie graty sprowadzane przez kazachskich Mirków z Niemiec (chociaż sprowadzanie samochodów od naszych zachodnich sąsiadów to w Kazachstanie popularny biznes), tylko nowiutkie i bardzo zadbane samochody. Skąd tak duża liczba takich pojazdów w tym – bądź co bądź – poradzieckim kraju? Jak powiedział mi nasz gospodarz – są kupione za ropę i korupcję. Korupcja w tym kraju jest wszechobecna i właściwie nic nie można załatwić bez łapówki. Do tego Kazachowie (jak się potem okazało – Kirgizi również) mają mentalność, która nakazuje im wozić się drogimi samochodami oraz ogólnie epatować bogactwem – w szczególności, gdy bogatym się nie jest. Podobno nie jest u nich niczym niezwykłym, że cała rodzina zapożycza się na wiele lat, byle tylko kupić drogi, ogromny samochód – mimo że mieszka w warunkach urągających ludzkiej godności… No dobra, z tym ostatnim trochę przesadziłem, ale faktem jest, że bloki, których – jak przystało na posowiecki świat – jest tam mnóstwo, są często odrapane, zaniedbane, niemalże rozsypujące się (widzieliśmy także zbite z byle czego domy, przed którymi prezentowały się błyszczące, nowiutkie limuzyny). Tutaj kolejna ciekawostka – bloki te mają często po kilkadziesiąt (np. 30) pięter i wciąż buduje się kolejne. Co może zaskakiwać zważywszy na bardzo małą gęstość zaludnienia (w tym kraju mieszka niewiele więcej ludzi, niż w Holandii) oraz olbrzymie połacie bezludnej ziemi.

Złoty meczet w Ałmaty

Kolejna rzecz, która od razu rzuca się w oczy – ulice są bardzo szerokie, bardzo dobrej jakości i bardzo czyste. Mimo niewielkiej liczby śmietników praktycznie nie widziałem walających się śmieci, a opadające z drzew liście są natychmiast zamiatane. Dalej: ruch uliczny jest, jak na nasze standardy, dosyć dziki (ale miało się okazać, że to jeszcze nic w porównaniu z Kirgistanem). Kierowcy cały czas trąbią. Jeżdżą slalomem, praktycznie nie używają migaczy, nieraz nie przejmują się także czerwonym światłem. Trąbią kiedy się wyprzedzają, trąbią kiedy się denerwują, trąbią kiedy mijają fajną dziewczynę, trąbią tak po prostu. Bo lubią. I nie za bardzo przejmują się pieszymi.

I taka dziwna sprawa. Apteki i kwiaciarnie. To pierwsze zaskoczyło mnie także w Kirgistanie. Aptek, zwykle całodobowych, jest tam po prostu mnóstwo. Można odnieść wrażenie, że więcej, niż sklepów spożywczych. Na każdym rogu. Czasem po kilka obok siebie. Podobnie było z kwiaciarniami. Dlaczego? Nie wiem.

Na każdym rogu można tam kupić kawę.
Czasem jest to (prawie) oryginalny Starbucks.

Dojechaliśmy na miejsce. Oczywiście nasz taksówkarz, który – jak się okazało – był w Polsce (i śmiał się, że mamy małe drogi i jeździmy małymi samochodami), zwietrzył okazję orżnięcia turystów na kasie i po dojechaniu na miejsce wymyślił, że to było 1000 tenge za kilometr, a nie za całą trasę. Po kilkunastominutowych negocjacjach (w czasie których nasz bagaż był w jego zamkniętym bagażniku) zgodziliśmy się na 6000 tysięcy tenge – na które on nie chciał się zgodzić, jednak w krajach poradzieckich słowo „policja” bądź „milicja” działa cuda. Warto o tym pamiętać podróżując na wschód. Troszkę się zmartwiłem, gdy okazało się, że nasz hostel znajduje się bardzo blisko wielkiego meczetu z pięknymi złotymi kopułami – pomyślałem o zawodzeniach z minaretów, które pewnie nie dadzą nam spać oraz tłumach brodaczy, którym może przeszkadzać, że obecne z nami dziewczyny paradują w krótkich kieckach i z odkrytymi włosami. Nic bardziej mylnego! Kazachstan to kraj muzułmański, w którym dominującą religią jest ateizm, ludzie noszą się całkowicie po europejsku, a kobiet w habibach czy burkach widziałem mniej, niż  w mojej dzielnicy w Katowicach (gdzie są akademiki dla obcokrajowców). Minaretowych śpiewów także nie było.

Wrócę do tematu taksówek. Są one w tym kraju bardzo tanie. Ale to bardzo. Jest to spodowowane dwiema rzeczami. Po pierwsze benzyna jest bajecznie tania – ok. 2 zł za litr (a na stacjach można dostać paliwo np. 80-oktanowe). Ale powód drugi jest znacznie ciekawszy. Otóż każdy samochód tam jest potencjalną taksówką! Wystarczy po prostu stanąć przy ulicy, pomachać ręką i od razu zatrzymuje się kawalkada samochodów. Negocjujemy z kierowcą cenę – jeśli się zgodzimy, to wsiadamy, jeśli nie, to on odjeżdża i podjeżdża następny. I tak za przejechanie połowy miasta wielkości Warszawy zapłaciłem jakieś 8 zł. A podobno da się jeszcze taniej. Raz zdarzyło się też, że wiozący nas kierowca okazał się wykładowcą miejscowej Akademii Sztuk Pięknych, podarował nam swój obraz i zaoferował darmową podwózkę na lotnisko… Ludzie tam są bardzo przyjaźni. 

No dobra. Rozgościliśmy się, poszliśmy na krótki krajoznawczy spacer, więc czas na piwo! Ale o tym w następnym odcinku…

P.S. Nie wziąłem ze sobą aparatu ani nawet smartfona, więc nie robiłem zdjęć – te widoczne tutaj są bezczelnie ukradzione z fejsbukowych tablic ludzi, z którymi tam byłem.

4 thoughts on “Na piwo do Kazachstanu cz. 1

  1. o chłopaku, zazdroszczę wypadu na wschód! moja noga do tej pory nie stąpała po azjatyckiej ziemi, ale w planach mam wyczaić jakiś tani lot do Gruzji!
    i jak do tej pory moje umiarkowane 'dziadowanie' poza granicami PL też przekonało mnie o niezwykle przyjaznym nastawieniu tubylców właśnie;'p

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top