Loading
Góry góry góry!

Hurra, jesteśmy w Azji! Powietrze pachnie inaczej (to pewnie od smogu), na ulicach wita nas konglomerat różnych języków i narodowości (podobno ponad 150 różnych!), a szyldy napisane są po rosyjsku i kazachsku – czyli w języku spokrewnionym z tureckim. Dobra, czas znaleźć bankomat. Idąc po ulicy między sobą gadamy po Polsku – i tu zaskoczenie. Ludzie słysząc nasz język od razu wiedzą, skąd jesteśmy – i znają także nasze miasta. Okazuje się, że każdy tutaj ma bądź miał znajomego z Polski lub sam w Polsce był – w ramach stacjonujących wojsk Armii Czerwonej, przejazdem wracając z niemieckimi samochodami na handel lub nawet na wycieczce (ale wiadomo, to za Sojuzu, czyli ZSRRu). Z dużą sympatią odnoszą się do Polaków – jednak każdorazowo pytają się nas, gdzie pracujemy. A nasza odpowiedź, że przyjechaliśmy w celach turystycznych, zawsze wywołuje spore zdziwienie… Kak, Paliaki turisty, w Kazachstan? A jak turisty, to koniecznie w góry!

Policyjna czapka

Z górami niestety jest mały problem, o którym dowiedzieliśmy się na szczęście dopiero post factum od innych ludzi. Otóż z bliżej niewyjaśnionych powodów rząd Kazachstanu wprowadził prawo nakazujące każdemu górołazowi zdobyć stosowne pozwolenie, a jego brak może drogo kosztować (chociaż, jak to w tamtych rejonach bywa, drobna lub mniej drobna łapówka zwykle załatwia sprawę). Nie trafiliśmy jednak na strażników – ani na policjantów, którzy noszą te śmieszne sowieckie czapki z wielkim rondem (patrz: zdjęcie).

Polanka.

Miasto Ałmaty jest pięknie położone. Otoczone z każdej strony przez wysokie góry, których wiecznie ośnieżone szczyty widać z każdego miejsca miasta. Dowiadujemy się więc od naszego gospodarza, stylizującego się na Wiktora Coja, o dwóch trasach, które da się zrobić w jeden dzień – jedna „for relax”, druga „a challenge”. Wiadomo, którą wybraliśmy 🙂 Szczyt, a właściwie kilka szczytów, nazywają się три медведя – czyli trzy niedźwiedzie. Na początku trasy witają nas trzy kamienne niedźwiadki (widoczne na zdjęciu), a zaraz za nim drzewo, do którego podróżni przywiązują chusteczki. Nawet nie wiedziałem, że jest taki zwyczaj – a może takowego wcale nie ma?

Po początkowej miłej, takiej niemalże beskidzkiej ścieżce napotykamy wodospad, a obok niego ścianę. Po której na szczęście można się łatwo wspiąć; dalej miało się okazać, że jako-takiego szlaku w kierunku szczytu właściwie nie ma, idzie się czasem przez chaszcze (gdzie co chwilę rośnie zły barszcz Sosnowskiego), czasem przez rzekę, innym razem po wielkich kamieniach. Zdjęcia nie oddają tego nawet w 1/4, jak widoki zapierały dech w piersiach – i to nie tylko dlatego, że są kiepskie 😉 Za to po drodze mijaliśmy kilka obozowisk – biwakowanie w górach to dosyć popularna tam zabawa.

Trzy Niedźwiedzie

 

Górski sklep z kumysem

Schodząc trafiliśmy na panią sprzedającą domowej roboty kumys, czyli sfermentowane końskie mleko. Dorzuciła nam w prezencie także bardzo suchy krowi ser (zapomniałem jego nazwy, to jedna z rzeczy wypisanych na szyldzie), który trzeba było niemalże rozłupywać, by zjeść chociaż kawałek – a jego smak był tak słony i intensywny, że zostawał w ustach jeszcze przez godzinę. I dało się go zmyć tylko kumysem – ale z kolei kumys był jednak zbyt dziwny, by wypić go dużo. Wyobraźcie sobie (koński) kefir z solą i wyraźnie wyczuwalnym alkoholem… Podobno to jedyny alkohol, który muzułmanie mogą legalnie pić. Dobrze, że nie jestem muzułmaninem.

cześć wodospadzie, jestem Wojtek

Ale alkohol w Kazachstanie wcale nie jest taki tani, jak by się mogło wydawać. W ogóle życie tam nie jest tanie – ceny w dużych miastach na oko są jakieś 20% wyższe niż w Polsce, a mięso bywa wręcz dwu-trzykrotnie droższe niż u nas. Nawet cena głupiego, koncernowego piwa w knajpie rzadko bywa niższa niż 10 zł. A czy piwo jest tam chociaż dobre? Cóż… Kazachstan to nie jest kraj dla piwnych ludzi. Można tu kupić właściwie każdy styl piwa – pod warunkiem, że jest to jasny, głęboko odfermentowany, a do tego kiepski lager. Bo i w tej kategorii da się przecież zrobić coś dobrego, ale miałem wrażenie, że ich piwa są nawet podlejsze, niż nasze koncernówki. Za to zwykle sprzedawane w plastikowych butelkach 1 lub 1,5 l. Kupno mniejszych butelek się w ogóle nie opłacało. Oczywiście większość ich rynku piwowarskiego należy do największych koncernów (głównie Carslberg), sporo piwa importuje się też z Rosji.

Udało mi się także odwiedzić jeden browar restauracyjny, gdzie uraczono mnie (ciekawe, że piwo było w tym browarze było tańsze, niż koncernowe w okolicznych pubach) kolejnym kiepskim piwem, które było wyraźnie robione na wzór tego, co produkują koncerny. Właściwie udało mi się dostać w tym kraju tylko jedno niezłe piwo; w barze Banka, czyli Słoik, podawano (w słoiku) „Red Rocket Craft Beer”, a był to jakiś czerwony lager. Przyzwoity. Niestety nie udało mi się dogadać z kelnerem (po rosyjsku znam ledwie kilka zwrotów oraz – co najważniejsze – liczebniki 😉 ), z jakiego browaru piwo to pochodzi. Był także lokal o nazwie Beer Heaven, który szczycił się wyborem kilku lanych piw – a były to Leffe, Paulaner, Stella Artois i Hoeggarden. W cenach rzędu 20 zł za małą szklankę. 

Poza miastami i pojedynczymi osadami Kazachstan to właściwie tylko góry i bezkresne stepy. Robi to niesamowite i trochę przerażające wrażenie – w każdą stronę widać tylko płaski teren, gdzieniegdzie naznaczonymi niskimi krzewami i pasącymi się konikami, które czasem wychodzą na drogę i nic sobie nie robią z przejeżdżających samochodów (bardziej na północy pasą się także podobno wielbłądy). I nagle widnokrąg się urywa; jak morze, tylko że zarośnięte trawą. Jeśli jechać do Kazachstanu, to właściwie tylko dla dzikiej przyrody; na pewno nie dla pokracznych, przeogromnych bloków (ogólnie patrząc na ich budownictwo można odnieść wrażenie, że architekci cierpią na gigantomanię), zatłoczonych ulic miast, gdzie korki są nawet nocą czy kiepskiego piwa. Niestety, z powodu pewnych nieprzewidzianych okoliczności – o których napiszę następnym razem – udało nam się zwiedzić znacznie mniej Kazachstanu, niż mieliśmy w planach.

Ałmaty

Słówko o komunikacji miejskiej. Niby jest, ale kiepsko rozwinięta. A przede wszystkim – kompletnie nie do ogarnięcia dla innostrańca. Przede wszystkim na przystankach nie ma rozkładów jazdy. Po prostu nie ma! Autobusy (i trolejbusy) jeżdżą, jak chcą. Po drugie na większości przystanków nie ma informacji, jakie autobusy z nich odjeżdżają – a nawet jak taka informacja jest, to często okazuje się nieaktualna albo niepełna.. Po trzecie – system płatności jest nie do końca jasny. Niby są automaty z biletami w autobusach, ale często i tak płaci się (przy wysiadaniu) konduktorce. Raz 80 tenge, innym razem 100…

Kuchnia. Bardzo lubię uliczne żarcie; zdecydowanie preferuję to ponad stołowanie się w restauracjach. Typowym kazachskim (i nie tylko – popularne jest to w wielu republikach postsowieckich) streetfoodem są samsy, czyli trójkąciki z ciasta przypominającego francuskie z kurczakiem lub bliżej niezidentyfikowanym mięsem, a także lawasze (cienkie chlebki z nadzieniem). Dalej – coś, co przypominało pączki z nadzieniem z kartoszki (ziemniaków) lub mięsa czy pirożki (pojedynczy, duży pieróg z ciasta drożdżowego) smażone w głębokim oleju. Ciekawie też wyglądał hlib (chleb): był okrągły, raczej płaski i cieniutki. Ale w smaku podobny do naszego. No, i szaszłyki. Wszędzie szaszłyki! Jeden, warzywny, można zobaczyć na zdjęciu.

Bogatsi o nowe doświadczenia i biedniejsi o całkiem pokaźną kwotę ruszyliśmy busem do Kirgistanu. Który – mimo sąsiedztwa i pokrewieństwa kulturowego – miał się okazać zupełnie innym i znacznie bardziej egzotycznym światem…

koniki!

 

górostepy

 

 

 

 

One thought on “Na piwo do Kazachstanu cz. 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top