Loading

       Ech… Dziś miał się pojawić pierwszy film nagrany z myślą o moim videoblogu, niestety przegrałem z techniką i dziś go nie wrzucę. Bywa i tak. W związku z tym postanowiłem uszczuplić moją „porterową piwniczkę” (czyli kilka skrzynek wciśniętych między rower a nikomu niepotrzebne graty, które „może jeszcze się przydadzą”) o butelkę przeterminowanego piwa Grand Imperial Porter z Browaru Amber. Czy piwo to osłodziło (albo ugorzkniło? Pewnie znowu wymyślam słowa) smutek spowodowany brakiem możliwości opublikowania filmu?

     Gwoli ścisłości: mój GIP nie jest mocno przeterminowany. Niecały miesiąc po terminie… O ile mleko albo kiełbasa po takim czasie potrafią same wyjść z lodówki i ruszyć na poszukiwanie lepszego życia, o tyle porterowi leżakowanie takie powinno tylko pomóc.
     I pomogło. Chyba. Ostatni raz GIP piłem tak dawno temu, że już nie pamiętam smaku, jednak świadczyć to może o tym, że mnie nie zachwycił; teraz też bardzo nie zachwyca, ale i tak jest nieźle. Po otwarciu w moje krzywe nozdrza (efekt niegdyś burzliwego trybu życia) uderza zapach przypominający wiśnie w czekoladzie, likier wiśniowy albo gorzką czekoladę pitną z zaprawą wiśniową (chyba, bo nigdy takiej czekolady nie piłem). Zapach śliwki czy wiśni jest dosyć charakterystyczny dla długo leżakowanego porteru… Mój może nie był leżakowany jakoś przeraźliwie długo, ale wystarczająco, by ładnie się ułożyć.

     Alkohol jest praktycznie niewyczuwalny. O mocy tego piwa świadczy jedynie ciepło w przełyku, które czujemy po chwili od przełknięcia piwa. Jasne, 8% to nie jest szatan wśród piw, nie jest to ekstra mocny icebock z dodatkiem spirytusu rektyfikowanego; nawet jak na porter bałtycki nie jest to szczególnie dużo, jednak i tak w wielu słabszych piwach alkohol bywa nieznośny, dlatego warto to odnotować. Wspomniane wyżej wiśnie w smaku są także obecne, obok czekolady – i ciężko mi stwierdzić, czy czekolada ta jest gorzka, czy już słodka. Niestety: piwo jest dla mnie trochę za słodkie i słodycz ta staje się męcząca po jakimś czasie… Ale cóż, tak to już jest z długim przetrzymywaniem piwa, że goryczka staje się coraz mniej intensywna, aż ucieka do krainy wiecznego chmielenia.

     OK. Rzadko piszę podsumowania, ale tym razem to zrobię. I to mimo tego, że jednym akapitem podsumuję zaledwie dwa, ale sam muszę sobie w głowie ułożyć wrażenia (ale zajmie mi to mniej czasu, niż układanie się temu porterowi). Piwo jest: treściwe, ułożone, dosyć smaczne. Pianę ma ładną, chociaż nieprzesadnie trwałą, osadzającą się na ściankach, drobnopęcherzykową. Zapach śliwkowo-czekoladowy, ładny, acz nieprzesadnie intensywny,. Opakowanie eleganckie, sugerujące pewną ekskluzywność, z podpisem piwowara, a skład i krótki opis piwa pojawił się w dwóch językach.

 

Z drugiej strony: podanie sugerowanego szkła i temperatury staje się powoli normą, więc i tutaj takie podpowiedzi mogłyby się pojawić; aromat nie jest mocny, a słodycz po jakimś czasie staje się męcząca. No i nie wiem, jak smakuje, kiedy jest świeże… Ale wersji, którą piłem, wystawię z czystym sumieniem:

Leżakować: na pewno nie zaszkodzi.

Moja ocena: 7/10

2 thoughts on “Moja porterowa piwniczka #1, Przeterminowany Grand Imperial Porter

  1. Ja sobie nawet porównanie zrobiłem świeżego i takiego ok 1,1roku:) (w sklepie na półce znalazłem prawie roczne -wiec wziąłem i ciut potrzymałem) Różnice jak na moje slabe zmysly były bardzo niewielkie -i nie jestem pewien czy bym dał radę odróżnić w ciemno. Niestety dla mnie różwniez za słodkie-w stylu Okocimia. Wolę zdecydowanie Żywiecki czy Łódzki porter.
    javiki

  2. Smakowane w podobny sposób niedawno. Identyczne wrażenia tylko słodycz nie była męczące, bo od razu piwo planowane jako deser. Pasowało jak ulał 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top