Loading

     Oby ten zawrót głowy nie przerodził się w poranny ból głowy, gdyż planuję (dla Was!) przetestować nie jedno <muzyka z telezakupów>, nie dwa, nie trzy <gromkie oklaski z widowni>, a cztery <ktoś mdleje> różne dyniowe ale’e! Tak tak, cztery różne „dyniowe” piwa! A jeśli zadzwonisz w ciągu 10 minut, to te cztery piwa będą pochodzić z nie jednego, nie z dwóch, a z trzech różnych krajów! Ta jedyna w swoim rodzaju oferta składa się z pintowego Dyniamitu, alebrowarowego Naked Mummy, amerykańskiego The Fear z Flying Doga i Pumpkin Ale prosto z czeskiego Jihlavský Radniční Právovárečný Pivovar! Zapraszam do konfrontacji.


(małe wyjaśnienie dla osób, które nie słyszały do tej pory o tym diabelstwie – piwo dyniowe to piwo, które uwarzono z użyciem właśnie dyni; ponadto do piwa dyniowego dodaje się także różne przyprawy, np. imbir, cynamon, gałkę muszkatołową, wanilię czy ziele angielskie. Ale Kopyr uważa, że dynia w piwie to ściema)

Rywalizacja może zostać uznana za trochę nieuczciwą, ponieważ The Fear nie jest zwykłym pumpkin ale’m. Jest imperial pumpkin ale’m! The Fear hest mocniejszy o połowę od pozostałych uczestników (aż 9% alkoholu). Jak widać na zdjęciu – jest także dużo ciemniejszy. Ale nie będę nikogo z powodu koloru czy mocy dyskwalifikował.
Do konkursu nie dopuściłem jedynie widocznej na zdjęciu wody do przepłukiwania ust.

Pierwszą rundę, walkę w pianie, wygrywa zdecydowanie Naked Mummy. Piana w tym piwie utrzymywała się długo po tym, jak kożuch w pozostałych piwach zniknął niemal do zera. Pierwsza z pola boju ustąpiła piana w No Fearze (może się wystraszyła?), druga u zawodnika przybyłego z Czech. Dyniamit bronił się dzielnie, jednak na końcu piana pozostała tylko w postaci cienkiej warstwy, podczas gdy ta w Naked Mummy dumnie triumfowała.
Warto tutaj dodać, że zwłoki wszystkich czterech pian zostają na ściankach, zdobiąc szkło.

W rundzie drugiej, walce na nosy, wynik jest zgoła odmienny. Tutaj mumia okazuje się najdelikatniejszą zawodniczką. Mocno zmieniła swój profil w stosunku do tego, co pamiętamy z poprzedniego roku; nie czuć w niej tak intensywnie amerykańskich chmieli, mocniej za to dają znać o sobie przyprawy: cynamon, wanilia, gałka muszkatołowa, imbir oraz delikatna owocowa nuta. Zgoła inaczej pachnie dyniowiec z Czech; pachnie słodko, melonowo, trochę przypomina też gumę balonową. Nie czuć ostrego zapachu imbiru. Ciemny podróżnik z Ameryki wonieje trochę bardziej słodowo, ale i przyprawy wyraźnie dają o sobie znać. Pachnie trochę jak piernik – czuć, że przed odlotem przyprawami korzennymi potraktowano go solidnie. Obecny jest też zapach jakiegoś owocu, który kojarzy mi się z figą (?). Dyniamit za to wali za to prosto z mostu: goździki, goździki jeszcze raz cynamon z imbirem. Do tego delikatna słodycz.
 Werdykt: runda nierozstrzygnięta, ale ze wskazaniem na gości zza granicy.

Runda trzecia <kartkę z numerem niesie wokół ringu ponętna hostessa, tłum szaleje> i najważniejsza. Poznajmy smak walki, a właściwie walkę smaków! Czech nie uderza nas w smaku słodyczą, którą zaskoczył w aromacie, za to zalewa nas wodą i wątłą goryczką. Przy przełknięciu cierp(k)i. Dają o sobie znać przyprawy, ale i tak okazuje się, że nie ma tutaj za wiele do zaoferowania. Z zupełnie innej strony atakuje Dyniamit. Sporo ćwiczył, w szczególności interwały przyprawowe, ale czasem chyba nadużywał słodyczy i zaniedbywał mięsień chmielowy, chociaż próbuje to przykryć posmakiem pieczonej skórki od chleba skropionej pomarańczą. Może wręcz się skojarzyć ze schłodzonym grzańcem. Dzięki dobremu ułożeniu wytrzymuje walkę z sąsiadem z południa, a nawet ją wygrywa. Bah bah, low kick i po walce. Mumia nie bawi się w taką złożoność, wyprowadza mocne uderzenie goryczki zostawiając w tyle przyprawy i słodowość, posiłkując się nieco owocami. Niestety, muszę powiedzieć, że oglądam Naked Mummy w akcji drugi raz w tym miesiącu i jej styl niespecjalnie przypadł mi do gustu. Jednak cała trójka milknie, znika w oczach, gdy na scenę wchodzi ON. The Fear. Wzbudza strach w pozostałych uczestnikach zawodów nie tylko przerażającą etykietą, ale także swoją siłą, treściwością i tym, że w ogóle nie przypomina żadnego z nich. Kojarzy się raczej z lekarstwem lub dobrze nachmielonym winem porzeczkowym. Do tego stopnia, że gdyby nie napis na rzeczonej etykiecie (mi bardzo odpowiadającej), to bym nie zgadł, że The Fear chociażby stał obok dyni. 

Runda czwarta: które piwo najbardziej wpada w oko. O ile w kwestii kolorów się nie wypowiem, o tyle mogę całkowicie subiektywnie ocenić opakowania. Bezapelacyjnym jesteśzwycięzcą jest tutaj dla mnie Flying Dog. Miejsce drugie zajmnie Naked Mummy (aczkolwiek moim zdaniem jest to jedna ze słabszych etykiet tego browaru), na trzecim miejscu grzeczna (aczkolwiek i tak ciekawa) etykieta Pinty w typowym pintowym stylu. Czesi znaleźli się poza podium, etykieta wygląda prawie tak samo jak każde inne piwo z tego browaru, a do tego nie pokusili się nawet o rozpiskę przypraw, których użyto i nie podano ekstraktu. Tutaj punkty karne powinien też dostać The Fear, gdzie nie wypisano nie tylko ekstraktu, ale nawet składu, ale za rewelacyjną etykietę dostaje ułaskawienie. Pinta i AleBrowar jak to Pinta i AleBrowar – informacje wyczerpujące (aczkolwiek na etykietach nowych piw z Pinty informacje są jeszcze bardziej wyczerpujące!).

Runda piąta, szyba jak pociąg z Warszawy do Gdańska… Nie, bez sensu. Szybka jak Pendolino? No chyba nie na polskich torach. Niech będzie, że krótka jak żywotność mojej wypłaty. Wysycenie. Krótko: w piwie czeskim za wysokie (zobaczcie na zdjęciu, jak złowieszczo musuje), w polskich piwach w porządku, w The Fearze mogłoby być nawet nieco wyższe.

No to ostateczny werdykt <werble>. Werdykt jest taki, że już chyba nigdy w życiu nie tknę dyniowego piwa. A piszę te słowa, gdy w niektórych shakerach jeszcze zalegają niemałe resztki, które trzeba dopić… Naked Mummy rok temu nie przypadło mi do gustu. Miałem wówczas wrażenie, że nachmielenie jest zbyt silne (chociaż dziwnie to może brzmieć w moich ustach), co przykrywa wszelkie inne smaki. W tym roku jest… Podobnie. Również nie przypadł(a?) mi do gustu, chociaż uwypuklono inne smaki. Na plus mogę jej oddać, że minęła ponad godzina (!) od rozpoczęcia konfrontacji, a na resztce mumii w mojej szklance piana dalej się utrzymuje. Na minus – niestety smak. Pite z beczki mi, jak to określa dzisiejsza młodzież (do której rozpaczliwie próbuję się jeszcze czasem załapać), ‚nie podeszła’. Z butelki również nie. Dyniamit smakuje mi bardziej. Bardziej również od Pumpkin Ale z Jihlavský Radniční Právovárečný Pivovar, który z czasem stał się nieznośnie słodki; więc to właśnie Dyniamit ogłaszam reprezentantem Europy w tej minipotyczce. A jak wypada w porównaniu z The Fearem? Nie liczcie tu na walkę Schmellinga z Luisem. Nie liczcie tu na żadną walkę. Piwa te są tak różne, że porównywanie ich smaku nie ma większego sensu. Ale można spytać o to inaczej: gdybym przez najbliższy tydzień mógł pić tylko jedno z tych piw, to które bym wybrał?

Tutaj moja odpowiedź brzmiałaby: Dyniamit. I to nie tylko dlatego, że The Feara mógłbym wypić mniej, skoro jest mocniejszy. Amerykanin z czasem staje się niestety męczący, trochę ściągający i cieszę się, że nie była to butelka 0,5 l.
Albo nie daj Boże jeszcze większa.

P.S. The Fear dostałem w prezencie urodzinowym od mojej siostry, dziękuję.

P.P.S. Chyba nie zostanę fanem piw dyniowych, już w połowie konfrontacji miałem dość.

P.P.P.S. Jeszcze rano odbijało mi się imbirem.

One thought on “Dyniowy zawrót głowy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top