Loading

     Miałem szczęście (albo nieszczęście, gdyż wróciłem z połamanym nosem) mieszkać kilka miesięcy w Szkocji. Kiedy wysiadłem z samolotu i po raz pierwszy usłyszałem tamtejszy język, zastanawiałem się, czy przypadkiem pilot nie zabłądził i nie wylądował w jakiejś dziwnej krainie, gdzie ludzie posługują się osobliwą mieszanką niemieckiego, japońskiego i jakiegoś niezrozumiałego bełkotu. Nawet po kilku miesiącach spędzonych w tym pięknym miejscu nie zawsze rozumiałem, co miejscowi usiłują mi powiedzieć, ale wiadomo – alkohol improves foreign language, więc z każdym kolejnym piwem rozmowa stawała się łatwiejsza. Minus tej metody nauki języka był oczywisty – poranny ból głowy, czyli po szkocku sare heid. I o tym piwie będzie ten wpis. Sare Heid z Pracowni Piwa.

     Skąd taka dziwna nazwa? Nazwanie piwa „boligłowa”, w dodatku w takim dialekcie, to dosyć oryginalny pomysł. A nazwano to piwo po szkocku, bowiem jest ono owocem współpracy między podkrakowskim browarem Pracownia Piwa a domowym piwowarem Arkadiuszem Makarenką, który na co dzień mieszka właśnie w Szkocji. Piwa Makarenki zdobyły wiele nagród w brytyjskich konkursach piwa domowego, więc możemy się spodziewać, że i tym razem wyszło mu coś dobrego.
     Sare Heid należy do gatunku golden ale. Na etykiecie jest sugestia, w jakiej szklance należy piwo podać – na szczęście dysponuję szklanką typu nonic pint (wiecie, jak trudno u nas to dostać?), którą kupiłem w… Lumpeksie. Jest zdrowo porysowana i widać, że niejedno piwo z niej pito (może szkockie?), ale jak się nie ma, co się lubi… Piszę o tym dlatego, by wytłumaczyć się, dlaczego piwo na zdjęciu jawi się jako mętny napój – w rzeczywistości jest dużo bardziej klarowne, ale rysy wyglądają na zdjęciu jak szron. W zapachu (niezbyt intensywnym) mamy lekką cytrusowość i aromat chmielu. Podobnie jest w smaku – goryczka raczej na średnim poziomie, bardziej w typie ziołowym, niż cytrusowym. Czuć lekkie owocowe posmaki, jakąś ziemistość i właściwie tyle. Smak nie jest szczególnie złożony, ale… Piwo jest bardzo, nie lubię tego określenia, ale trudno: „pijalne”. „Wchodzi” gładko i lekko i faktycznie może po nim głowa rozboleć, bo po wypiciu jednego nachodzi człowieka ochota na kolejne. Mogę sobie w moim śródmózgowym kajeciku zaznaczyć kolejne piwo, po które sięgnę, gdy pójdę z przyjaciółmi do pubu i będę szukał po prostu umilacza czasu, niekoniecznie powodującego goryczkowy pomór kubków smakowych czy konieczność wykrzykiwania słów powszechnie uważanych za wulgarne jako dowodu mojego totalnego zachwytu nad smakiem.
Moja ocena: 7,5/10
P.S. Dopiero po napisaniu tej recenzji zorientowałem się, że mam na sobie koszulkę przywiezioną ze Szkocji, przedstawiającą jej herb wpisany w szkocką flagę. Przypadek?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top