Loading

     Doctor Brew to nowy browar kontraktowy. I chyba pierwszy browar, który zebrał srogą dawkę hejtu, jeszcze zanim sprzedał choćby jedną butelkę swojego piwa. Jak nie popieram mieszania z błotem każdego, kto da jakikolwiek pretekst, tak tutaj jestem w stanie zrozumieć cały ten śmiech (ale nie żółć!), który wywołał browar swoimi marketingowymi dykteryjkami dotyczącymi piw i własnej działalności. Śmiech śmiechem, głupota głupotą, „lolcontent lolcontentem”, ale i tak najważniejsza jest zawartość – nie głowy marketing managera, tylko szkła wypełnionego piwem.

     Ale na początek wyjaśnienie, co tak rozbawiło internetową gawiedź. „Pierwsza warka nowego piwa własnie się warzy. Śpiąc w śpiworach pod kadzią, pilnujemy kolejnych wschodów słońca.” Sam nie wiem, czy śmieszniejsze jest to, że gotowanie brzeczki może zająć tyle czasu, że trzeba wyczekiwać kolejnych wschodów słońca, spanie pod kadzią, multum błędów interpunkcyjnych i błędy ortograficzne na stronie Doctor Brew, pretensjonalność i infantylność bijąca z niemal każdego zdania nie tylko na stronie, ale i etykiecie pierwszego piwa tego browaru – Sunny Ale (American Pale Ale)? A może przesadzam? Albo jestem zmęczony i w związku z tym pozbawiony dystansu? Nie wiem – ale, jak stwierdziłem we wstępie, nie potępiam w czambuł tych, którzy śmieją się z całej tej otoczki. Browar sam się podłożył – jak chociażby Kurski dzisiaj.
     Śmieszy mnie też robienie z premiery piwa wydarzenia co najmniej na miarę pierwszego załogowego lotu na Marsa. Taka szopka, jak z Pendolino albo Dreamlinerami (to już w ogóle odjazd – zadłużony po uszy państwowy moloch kupuje wielki samolot, a media relacjonują to jako awans cywilizacyjny). Panienki (ładne!) przebrane za pielęgniarki, przemowy, Kopyr. Albo po prostu zazdroszczę, że w Katowicach takich premier nie ma 😉
     Ale rozumiem, reklama dźwignią handlu, a i inne browary robią wydarzenie z premiery swoich piw. W sumie to nawet chyba lepiej tak, niż napisać na białym, paintowym papierze „Nowe piwo – Doctor Brew, smacznego”, przykleić na wirtualnym murze obwieszczenie i tyle.

     Ale jedną rzecz związaną z marketingiem tego browaru muszę przyznać – etykieta jest świetna. Prosta, nienachalna, a jednocześnie wyróżniająca się na półce. Logo przypominające kształtem otwieracz do piwa, świetny pomysł z nietypowym rozmieszczeniem informacji na kontretykiecie (vide zdjęcie) i tylko znowu ta dykteryjka, w dodatku z błędami interpunkcyjnymi. Jak już nieraz pisałem – ja naprawdę lubię dykteryjki na etykietach, ale ludzie, ta wygląda, jakby pisała ją uczennica szkoły podstawowej na cukrowym haju albo wyśmiewany w internetowych memach stażysta „junior brand manager”!
     OK, maltreting z obowiązku delikatnie obśmiany, to można przejść do opisu piwa. Wstyd by był, gdyby po tak buńczucznych zapowiedziach wyszło coś słabego… A słabo nie jest. Ale na pewno gorzko. Goryczka gra tu pierwsze skrzypce. Drugie też. I trzecie! Właściwie goryczka gra tu całą orkiestrę i jeszcze robi za woźnego i jest typowa dla przybyszy zza oceanu. Wiadomo: cytrusy, przede wszystkim grapefruit, trochę owoców tropikalnych. Ale… Poza tym brakuje jakiejś kontry, czegoś innego. Nie zrozumcie mnie źle: ja lubię mocno gorzkie piwa, nic nie mam przeciwko temu, że goryczka wykręca mi język na drugą stronę. Ale tylko wtedy, gdy poza goryczką piwo ma coś jeszcze do zaoferowania. Tutaj poza bardzo mocnym nachmieleniem jest naprawdę niewiele… Ale na pewno plus za śliczną, gęstą pianę, która wygląda trochę jak bita śmietana. Aż chciałem położyć na niej monetę, by sprawdzić, czy się utrzyma, ale biedny jestem i nie mam pieniędzy pod ręką.
     Czyli jak oceniam debiut? Nie jest źle. Na pewno w lecie Sunny Ale zrobiłoby na mnie znacznie lepsze wrażenie. Teraz oceniam je jako piwo dobre, mocno goryczkowe, po które pewnie czasem sięgnę, ale nie będę gnał 180 km/h przez teren zabudowany by nabyć kilka butelek, gdy tylko pojawi się w okolicy.

 

Moja ocena: 7/10

P.S. W tytule celowo napisałem nazwę browaru fonetycznie.

P.P.S. Doctor Brew warzy swoje piwa w Browarze Bartek, znanym głównie do tej pory głównie z kiepskich piw sygnowanych nazwą „Antidotum” oraz lepszych marki „SzałPiw”. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top