Loading

 

Nie wiem, jak Wy, ale ja z lekkim rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy nie wiedziałem co to stout czy IPA, czym się różni lager od ale’a, a o piwie pszenicznym wiedziałem tyle, że „smakuje inaczej”. I tęsknię za tymi czasami nie tylko dlatego, że byłem młody (w sumie dalej jestem) – wszak ludzie mają naturalną skłonność do idealizowania przeszłości. Wiecie, o co chodzi – na śniadanie jadłeś tylko zimne pomyje ze zmiksowanym szczurem, ale we wspomnieniach były to najlepsze posiłki w życiu. Jeździłeś na starym rowerze marki Reksio, ale z perspektywy czasu był on lepszy, niż najbardziej odjechany rower górski w cenie luksusowego samochodu. W telewizji były tylko dwa kanały? Ale za to zawsze było co oglądać, a te programy takie interesujące! A w ogóle to ta dzisiejsza młodzież…

Ale w przypadku piwa chodzi o coś innego. Absolutnie nie tęsknię za czasami, gdy lany w knajpie lager za czypindziesiąt był szczytem wyrafinowania – chodzi mi o czas, gdy wdrażałem się w świat piwa. Gdy każdy nowy smak otwierał mi oczy ze zdziwienia, że piwo może tak smakować, gdy każde nowe piwne doznanie powodowało smakowy orgazm. Gdy okazywało się, że piwo to nie tylko jasny, głęboko odfermentowany lager, a świat piwa jest niezgłębiony niczym pokłady ludzkiej głupoty… Kiedy spróbowawszy pierwszy raz IPA’y (jeszcze przed tzw. piwną rewolucją) pomyślałem sobie, że w sumie to smaczne, ale więcej niż jednego bym nie wypił. Ale wypijałem. A potem odkrywałem kolejne i kolejne poziomy piwnego wtajemniczenia…

Poziom pierwszy, piwny Janusz

Większość z nas kiedyś taka była. Albo jest dalej. „Nieważne jak smakuje, ważne że kopie”. Albo „Ooo, czteropak Watry za 7,50, biere!”. Piwo traktujesz wyłącznie jako coś, co ma w miarę lekko wejść, za bardzo nie wykrzywić twarzy (lub w wersji student: za bardzo nie spustoszyć portfela), ale przede wszystkim dostarczyć życiodajnych procentów. Wybór między konkretnymi markami sprowadza się do tego, która jest tańsza. Albo, w wersji nieco innej, jesteś przywiązany do jednego piwa. Sam mam sąsiada, który dałby się za Jedną z Wiodących Warek Marek pokroić – ale idę o każdy zakład, że w ślepym teście nie rozróżniłby jej od Innych Wiodących Marek… Gardzisz wynalazkami i „tymi pedałami w rurkach”, którzy je piją. Jak za piwo można dać więcej, niż 2,59?!

Poziom drugi, czyli coś tam słyszał, coś tam wie

Można powiedzieć, że jesteś świadomym konsumentem. Czytasz etykiety w sklepie i kupując parówki wybierasz te, które mają 22% mięsa, a nie 19. Słyszałeś też, że piwa koncernowe są z bydlęcą żółcią, z kropkami na puszkach, robi się je z chińskiego proszku i tym podobne „prawdy” z internetów. Więc kupujesz piwa regionalne. Albo takie, które się za takowe podają. Wprawdzie szukasz takich, które smakują jak te z największych browarów, ale żeby były „bez enzymów”. Więc kupujesz Perłę, Łomżę i inne dostępne na każdym rogu „piwa regionalne”, czasem weźmiesz także coś z mniejszych browarów, ale jak nie smakuje przynajmniej podobnie do tego, co znasz, to się krzywisz. „Łojezu, to smakuje jak palec wyciągnięty z ucha!” (cytat autentyczny). I dalej decydującym kryterium jest cena, tylko z pominięciem największych graczy na piwnym rynku.

 

Poziom trzeci – wtajemniczony

Wiesz mniej-więcej, co to IPA, słysząc nazwę „Kraftwerk” nie kojarzysz jej tylko z „Das Model” i wiesz, że – wbrew powszechnemu stereotypowi – hamerykańskie piwa wcale nie smakują jak to, co się wydobywa z człowieka, gdy ich kilka wypije. Coraz œśmielej sięgasz po nowomodne wymysły rodzimych rzemieślników, chociaż przy nieco mocniej chmielonych Imperialach mówisz, że „dobre, ale więcej niż jednego bym nie wypił”. Nie robi Ci wielkiej różnicy, czy pójdziesz do osiedlowej speluny, lanserskiej knajpy dla korposzczurów z Zimnym Leszkiem za 8 zł czy multitapu; a jak trafisz na Pintę w promocji za 3 zł, to bierzesz kilka sztuk na grilla. Czasem zajrzysz na piwne blogi, chociaż cały ten branżowy slang typu „kwas izowalerianowy” czy „skunks” powoduje, że masz ochotę pić Żywczyki bez zamartwiania się, czy przypadkiem nie smakują mokrym kartonem. Pijesz piwo, bo lubisz, a nie po to, by rozwalać jego smak na czynniki pierwsze – i szczerze mówiąc to, czy piwo ma nutę tostową czy posmak górnofermentacyjnych brzoskwiń interesuje Cię tyle, co powtórki Mody na Sukces. Piwo ma Ci po prostu smakować! Znasz kilku piwowarów domowych, nawet sam czasem zastanawiasz się, czy nie zacząć warzyć.

Poziom czwarty – kraftopijca

Kiedy znajomi wyciągną Cię do knajpy, gdzie nie dostaniesz polskiego czy zagranicznego craftu, strzelasz focha i ostentacyjnie zamawiasz wodę, robiąc uwagi, że skoro oni piją Carlsberga/Tyskie/Warkę to Ty też nie pijesz piwa. Jesteś w stanie z pamięci wymienić połowę polskich kontraktowców i starasz się być na bieżąco z większością piwnych premier. Twoja tablica na Facebooku sprowadza się głównie do zdjęć Ciebie pijącego piwo – albo samego piwa. Najprawdopodobniej masz też doświadczenie jako piwowar domowy – oraz posiadasz spory brzuch. Kiedy zwiedzasz obce miasto, ważniejsze od zabytków są dla Ciebie minibrowary i puby z lokalnymi piwami, a zamiast widoków podziwiasz sklepowe półki z craftem. Czytasz piwne blogi, a nawet planujesz założyć własny, chociaż trochę się boisz. Kiedy idziesz na grilla, wartość Twojej siatki z piwem przekracza kwotę wydaną przez pozostałych biesiadników na piwo, mięso, samego grilla i mandaty za picie w parku razem wzięte. Jeszcze niedawno uważałeś, że 5 złotych za piwo to dużo, a teraz lekką ręką wydajesz na małą butelkę 30 zł – chociaż żałujesz wydać 10 złotych na obiad na mieście i wolisz chodzić głodny. Ale dzięki temu masz w brzuchu więcej miejsca na piwo!

Poziom piąty – piwny hipster

Kochasz piwo jak Kuźniar zakupy w Walmarcie. Jedząc chleb z masłem wyczuwasz diacetyl, a jak Ci mama zrobi zupę jarzynową, to płaczesz, że DMS. Kiedy piszesz o swojej wadze, odruchowo poprawiasz „ważę 75 kg” na „warzę 75 kg”. Pardon, przynajmniej stówę… Najprawdopodobniej masz wąsy i brodę – a jeśli nie, to dlatego, że Ci nie rośnie. Kiedy znajdziesz się w pobliżu koncerniaków, trzy razy spluwasz przez lewe ramię, by odczynić urok. W każdym okolicznym multitapie masz swoje prywatne krzesło, a z barmanami znasz się lepiej, niż z własnym rodzeństwem. Nie wyruszasz na piwo bez kartki i ołówka – lub smartfona, gdzie zapisujesz każde wypite przez siebie piwo i uwagi na jego temat. Ratebeer to Twoja strona startowa. Prawdopodobnie prowadzisz też blog, a jeśli nie, to dlatego, że gardzisz blogerami – w końcu znają się na piwie gorzej od Ciebie! Tak właściwie to znajomi (poza innymi piwnymi hipsterami) przestali Cię zapraszać na piwo, ale to chyba dobrze, bo się na piwie nie znają – więc i tak nie ma o czym z nimi pogadać…

A Ty na którym jesteś poziomie? :>

16 thoughts on “5 poziomów piwnego wtajemniczenia

  1. Liczyłem na "Poziom piąty: Ja" 😀 a z racji na znajomość legend o kropkach na piwie i to że raz zdarzyło mi się kupić piwo za 16zł chyba jestem gdzieś między 1 a 2;) To już coś!

  2. Ja mam trochę z 3 i trochę z 4. Najbardziej mi się podoba "oni piją Carlsberga/Tyskie/Warkę to Ty też nie pijesz piwa" – true story 😀
    Wybierasz się na Festiwal Dobrego Piwa do Wrocławia?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Top