Loading

W cyklu piwo tygodnia przedstawiam niekoniecznie najlepsze, ale również najciekawsze, najbardziej nietypowe lub łączące się z jakąś ciekawą historią piwo, jakie miałem okazję pić przez ostatni tydzień. I to dopiero druga część cyklu, a ja już łamię jego zasady – i publikuję tekst o dwóch piwach jednocześnie. Ale są one w zasadzie tym samym piwem – różnią się jedynie beczką, w której były leżakowane. Piwoteka, Łódź i Młyn – jedno piwo starzone w beczce po sherry, a drugie po whisky Bowmore.

Piwoteka to łódzka inicjatywa kontraktowa, pub i sklep z piwem w jednym. W piwnym świecie Piwoteka znana jest przede wszystkim jako browar nieuznający zasad i konwenansów – poza „klasycznymi” piwami warzą takie, do których dodawane składniki mogą przyprawić o palpitacje serca niejednego piwosza wciąż wierzącego w bawarskie prawo czystości albo… Wegetarianina. Wspomnijmy chociaż o marchewce, boczku czy… Śledziach, które wylądowały w kadzi. Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze że piwa ze śledziem – „Ucho od Śledzia” oraz jego mocniejsza wersja „Va Banque” – były całkiem smaczne. Tym razem nietypowym dodatkiem jest jarzębina (podstawowa, „niebeczkowa” wersja pojawiła się na rynku na długo przed barley wine z jarzębiną z Kormorana). Piwo zostało uwarzone w Holandii w kooperacji ze znanym browarem De Molen, co oznacza po prostu „młyn”. Stąd i nazwa piwa – Łódź i Młyn.

Piwoteka, Łódź i Młyn

Mamy więc do czynienia z imperialnymi stoutami o niemałej mocy (13,8% alkoholu!), potężnym ekstrakcie (29,7%), do tego leżakowanymi w beczkach po innych alkoholach. Jedna partia piwa leżakowała w beczkach po sherry, druga – po whisky Bowmore. Czy to może nie być tzw. sztos – czyli piwo wybitne? Cóż… Może. Wersja „podstawowa”, nieleżakowana w drewnianych beczkach, była w momencie pojawienia się na rynku bardzo alkoholowa. I mimo że piwo samo w sobie miało spory potencjał, to odalkoholowy posmak skutecznie przeszkadzał w konsumpcji. Myślę jednak (a piszę to słowa jeszcze przed pierwszym łykiem opisywanych piw), że czas pozwolił się temu piwu ładnie ułożyć. Czy tak jest w istocie? Sprawdźmy!
Pierwszy łyk i zaskoczenie. O… Kurka. Alkohol nie przeszkadza. On jest w ogóle niewyczuwalny! Jakbym nie wiedział, to bym nie zgadł, że mamy do czynienia z piwem mającym prawie 14% alkoholu. Czyli więcej, niż większość win… I to w obu wersjach – obie wersje są bardzo smaczne. Ta leżakowana w beczkach po sherry ma wyraźniejszy profil „beczkowy” – sporo tanin, aromat i posmak sherry dominują. Egzemplarz leżakowany w beczce po whisky jest delikatniejszy, mam też wrażenie, że nieco słodszy oraz… Pełniejszy; co w zasadzie pewnie nie ma miejsca, gdyż mamy przecież do czynienia z tym samym piwem. W wersji „Bowmore” wyraźnie wyczuwalna jest także jarzębina, natomiast w drugiej wersji sherry ją przykrywa. I dlatego wersja z beczki po whisky smakuje mi bardziej – smaki i aromaty wniesione przez starzenie w beczce po innym alkoholu stanowią w niej dopełnienie smaku, a nie dominują nad pozostałymi. Ale wiadomo, jest to kwestia gustu, są osoby, dla których mocna „beczkowość” to podstawa piwa tego typu. W obu piwach jarzębina daje intrygujący, trochę cierpki posmak – który, przyznaję, nie wszystkim musi pasować; mi jednak odpowiada.

Samo piwo, mimo ekstraktu rzędu 30 BLG, jest dosyć lekkie, by nie rzec: wytrawne. Co jest bardzo zdradliwe, gdyż już w połowie butelki zaczyna szumieć w głowie… Zalecam więc ostrożną i powolną konsumpcję. No i w ogóle – zalecam jego konsumpcję. Jest to bardzo dobre piwo. W obu wersjach.

Moja ocena: 8/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top